O trudnym kliencie i Prostym kalendarzu

piątek, września 09, 2016 Urszula Augustyniak 8 Komentarze


Najlepsze pomysły często rodzą się w zupełnie nieoczekiwanych okolicznościach, a proste rozwiązania okazują się najlepsze. Tak właśnie było z naszym nowym kalendarzem. Poznajcie jego niesamowitą historię. Historię ekstremalnych wyzwań i nadludzkich poświęceń.

Drukarnia internetowa ma to do siebie, że klienci nieczęsto odwiedzają ją osobiście, chyba że odebrać zamówienie po drodze. Ten wpadł do firmy jak huragan, zupełnie niezapowiedzianie. Wysoki, nienagannie ubrany, usta zacięte w wyrazie bezwzględnej determinacji. Zatrzymał się na ladzie w BOK, zatoczył wokół błędnym wzrokiem i zawołał: 
 Potrzebuję kalendarzy!!!


Normalna sprawa, kalendarze. Mamy. Można zamówić na stronie internetowej. W jego zachowaniu było jednak coś, co kazało nie dyskutować, tylko przynieść próbki. Szybko. Zanim zacznie strzelać albo eksploduje. Albo coś w tym stylu.
– Co to ma być?! Tu jest wszystkiego za dużo! Jakieś główki kaszerowane, jakieś doklejki, wyklejki… Ja potrzebuję prosty kalendarz! Rozumiecie, PROSTY!!! To trzecia drukarnia, którą odwiedzam. Prosty, nic nie kumacie w tej poligrafii?!


Trzasnął drzwiami i wyszedł, a my zostaliśmy z niejasnym wrażeniem, że w naszej ofercie brakuje czegoś ważnego. Zadumał się grafik, zasmucili drukarze, marketing stanął w kolejce do automatu z kawą, a dziewczyny z BOK-u wzięły wolne (żeby leczyć traumę  do tej pory mają tiki na widok czarnego garnituru). Nadszedł czas, by zacząć proces kreacji nowego produktu. 


A był to proces długi i niezwykle skomplikowany. Pochłonął niezliczone ilości kofeiny i  czekolady, jeden ulubiony kubek kierownika, dwie myszki oraz jedną kartę graficzną, która uległa spaleniu w niewyjaśnionych okolicznościach. W ViperPrint działy się dziwne rzeczy. Latały przedmioty, maszyny same drukowały, a grafik płakał po cichu w toalecie. Nieprzespane noce, obgryzione ołówki, kryzysy w social media, aż w końcu pewnego dnia…


Jest! Oto on: kalendarz PROSTY. Druk w 48 godzin, obrzydliwie niska cena.

Przyszła pora na ostateczną próbę. Zaprosiliśmy naszego wymagającego klienta z powrotem, żeby pokazać mu kalendarz. W skupieniu obejrzał dzieło ze wszystkich stron. Zapadła pełna oczekiwania cisza, tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Wreszcie wydał wyrok:
 Wspaaaaniały! Genialny!!! O to mi właśnie chodziło  uśmiechnął się promiennie jak Tolkienowski Gollum na widok pierścienia  biorę od razu tysiąc sztuk. Albo nie, dziesięć tysięcy!!!

Następnego dnia złożył zamówienie. Projekt przedstawiał… No właśnie. Jak myślicie, co mógł przedstawiać? Piszcie w komentarzach!

8 komentarzy:

  1. Pożyczki 365;) ?

    OdpowiedzUsuń
  2. Jedyną wytyczną jest pytanie, na co komuś 10 000 tyś kalendarzy? I zostałem bez odpowiedzi w głowie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Suwałki we mgle zimą

    OdpowiedzUsuń
  4. Znając życie projekt to roznegliżowana pani - taki kalendarz ma przecież każdy prawdziwy kierownik... Tak zupełnie serio, uważam że lepiej unikać takich klientów i współpracować z osobami o zdrowym nastawieniu.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ostatnio poszukiwałem dobrej drukarni we Wrocławiu, a jestem zwolennikiem posiadania wszystkiego w jednym miejscu... Taki kaprys. Ostatecznie odnalazłem wrocław drukarnia i muszę przyznać, że moja misja w końcu zakończyła się powodzeniem. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Fajnie czytało mi się ten wpis, sama lubię mieć siebie w pokoju kalendarze :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Świetnie opisana historia, ja też często mam takie projekty w swojej pracy. Oby więcej takich wpisów i powodzenia w dalszej pracy! Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń