O trudnym kliencie i Prostym kalendarzu
Najlepsze pomysły często rodzą się w zupełnie nieoczekiwanych okolicznościach, a proste rozwiązania okazują się najlepsze. Tak właśnie było z naszym nowym kalendarzem. Poznajcie jego niesamowitą historię. Historię ekstremalnych wyzwań i nadludzkich poświęceń.
Drukarnia internetowa ma to do siebie, że klienci nieczęsto odwiedzają ją osobiście, chyba że odebrać zamówienie po drodze. Ten wpadł do firmy jak huragan, zupełnie niezapowiedzianie. Wysoki, nienagannie ubrany, usta zacięte w wyrazie bezwzględnej determinacji. Zatrzymał się na ladzie w BOK, zatoczył wokół błędnym wzrokiem i zawołał:
Normalna sprawa, kalendarze. Mamy. Można zamówić na stronie internetowej. W jego zachowaniu było jednak coś, co kazało nie dyskutować, tylko przynieść próbki. Szybko. Zanim zacznie strzelać albo eksploduje. Albo coś w tym stylu.
– Co to ma być?! Tu jest wszystkiego za dużo! Jakieś główki kaszerowane, jakieś doklejki, wyklejki… Ja potrzebuję prosty kalendarz! Rozumiecie, PROSTY!!! To trzecia drukarnia, którą odwiedzam. Prosty, nic nie kumacie w tej poligrafii?!
Trzasnął drzwiami i wyszedł, a my zostaliśmy z niejasnym wrażeniem, że w naszej ofercie brakuje czegoś ważnego. Zadumał się grafik, zasmucili drukarze, marketing stanął w kolejce do automatu z kawą, a dziewczyny z BOK-u wzięły wolne (żeby leczyć traumę – do tej pory mają tiki na widok czarnego garnituru). Nadszedł czas, by zacząć proces kreacji nowego produktu.
A był to proces długi i niezwykle skomplikowany. Pochłonął niezliczone ilości kofeiny i czekolady, jeden ulubiony kubek kierownika, dwie myszki oraz jedną kartę graficzną, która uległa spaleniu w niewyjaśnionych okolicznościach. W ViperPrint działy się dziwne rzeczy. Latały przedmioty, maszyny same drukowały, a grafik płakał po cichu w toalecie. Nieprzespane noce, obgryzione ołówki, kryzysy w social media, aż w końcu pewnego dnia…
Jest! Oto on: kalendarz PROSTY. Druk w 48 godzin, obrzydliwie niska cena.
Przyszła pora na ostateczną próbę. Zaprosiliśmy naszego wymagającego klienta z powrotem, żeby pokazać mu kalendarz. W skupieniu obejrzał dzieło ze wszystkich stron. Zapadła pełna oczekiwania cisza, tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Wreszcie wydał wyrok:
– Wspaaaaniały! Genialny!!! O to mi właśnie chodziło – uśmiechnął się promiennie jak Tolkienowski Gollum na widok pierścienia – biorę od razu tysiąc sztuk. Albo nie, dziesięć tysięcy!!!
Następnego dnia złożył zamówienie. Projekt przedstawiał… No właśnie. Jak myślicie, co mógł przedstawiać? Piszcie w komentarzach!




























































